Zacznę dzisiaj poważnie. Jednym słowem – UZALEŻNIENIE!!!!! Z definicji to stan psychiczny, który powoduję, że czujemy silne pragnienie posiadania czy też zażywania czegoś. Często prowadzi do tragedii, do rozbicia rodziny czy do problemów finansowych. Wiele osób mających problem z uzależnienie nie potrafi się do tego przyznać i to jest ogromny problem. Niszczy siebie i wszystkich bliskich wkoło. Zaznaczę, że uzależnienie to choroba, którą trzeba leczyć. I w tym miejscu, mogłabym opisać jak sama walczę z poważnymi nałogami. Nie zrobię tego jednak, bo jestem od takich nałogów wolna. Napiszę Wam o mojej obsesji…

Temat wyszedł podczas jednej z naszych blogowych sesji. Podczas szykowania się na nią kompletowałam sobie stroje, od stóp do głowy. I właśnie na stopach się zatrzymam. Skoro definicja uzależnienia mówi, że jest to silna potrzeba posiadania czegoś, to ja jestem uzależniona od BUTÓW!!! Chociaż Patryk twierdzi, że również od torebek, ale to kompletna nieprawda. Mam ich w swojej szafie chyba 5szt! Jedną dostałam od Olki, drugą od Marty i Ewki, jedną kupiłam w „lumpie” (tak mówimy na second-handy) i dwie dostałam od Patryka. I gdzie tu moje uzależnienie? Założę się, że w porównaniu do innych kobiet jestem posiadaczką wyjątkowo ubogiej kolekcji torebek! Od 4 lat rzadko wychodzę sama, więc torebkę i tak zostawiam w domu, a wszystkie swoje potrzebne rzeczy wrzucam do torby dziecięcej. Inaczej jest z butami. Nie ma dnia, w którym nie zajrzę na strony z butami. Można to nazwać już rytuałem. Nie pozwolę żeby ominęły mnie jakieś mega PROMCJE. Dobrze, że czujne oko na wyprzedaże ma Aśka, moja przyjaciółka, która zawsze namawia mnie do złego. Zresztą z wzajemnością. Bo która prawdziwa przyjaciółka powie – nie, nie kupuj tych butów!!! Po co Ci one?! Obie wiemy, że będą leżały w szafie i założę je od święta albo w ogóle, ale one są takie piękne, no i ta cena!!! Jak można nie wziąć za takie pieniądze? Swoje perełki zawsze wypatruję na wyprzedażach bo przecież nie sztuką jest kupić drogie buty, sztuką jest kupić dobre buty w dużo niższej cenie. Ostatnio się opamiętałam. Dodawałam do koszyka trzy razy te same buty. Cena rewelacyjna, buty świetne, ale za każdym razem kiedy miałam podać numer karty, nie mogłam jej znaleźć!!! Stwierdziłam, że nie są mi one pisane i ich nie zamówiłam.

Moje ,,problemy” z butami nie rujnują póki co naszego domowego budżetu, ale zdarza się, że wydam na buty moje ostatnie pieniądze, a tak naprawdę nie są mi one potrzebne. Często ukrywam zakupy przed Patrykiem. Chociaż on i tak dobrze o tym wie. Wiem, że nie tylko ja tak robię. Po co faceci mają wiedzieć za dużo, i tak żaden z nich tego nie zrozumie. Nie zrozumie tego, że „nie jestem kopciuszkiem i nie zadowolę się jedną parą butów”.

A teraz trochę polecę z kwotami. Moje najdroższe buty kupiłam za ponad 300zł i są to buty sportowe (kiedyś pewnie byłyby to szpile). Kolejne dosyć drogie to żółte szpili, które miałam na sobie 3 razy – za 170zł i czerwone czółenka na moje 18. urodziny za 160zł. To chyba na tyle jeżeli chodzi o moje buty powyżej 100zl. Zdaję sobie sprawę, że nie zawsze kupuję buty skórzane i na prawdę rzadko markowe, ale kiedy wchodzę do sklepów wiodących marek i widzę cudowne szpilki za 700zł, to potrafię odpuścić. I choć mogłabym na nie odłożyć pieniądze, to jeśli pomyślę, że za te pieniądze mogłabym mieć ponad 10 par innych, tańszych, to w tym przypadku idę na ilość. Bo co z tego, że kupię sobie buty za 7 stów? Założę je i tak tylko kilka razy.
Kiedyś przeczytałam, że buty powinny być jak mężczyzna… wysokie, dawać poczucie komfortu i powinny nam ich zazdrościć inne kobiety!! Coś w tym jest, nieprawda? A Wy jakie sekrety ukrywacie?

