Stan ,,pozornie błogosławiony”

Stan ,,pozornie błogosławiony”

Jesteśmy przygotowane na „hejt”, jaki może spłynąć na nas za sprawą dzisiejszej publikacji. Nikogo nie chcemy urazić, ani tym bardziej zniechęcić. Od kobiet, dla kobiet. To tylko nasze osobiste przemyślenia. Tylko by pokazać, jak bardzo każda z nas, kobiet, jest inna, jak bardzo wyjątkowa. Nosimy na swoich barkach ogromną odpowiedzialność wydawania na świat innych kobiet, oraz mężczyzn, rodzimy przyszłych lekarzy, polityków, artystów, naukowców, wśród nich matki i ojców.

To duża odpowiedzialność. Mamy prawo trochę ponarzekać 🙂

Olka

Mój pogląd na okres bezpośrednio przed-macierzyński jest bardzo niepopularny. Jesteśmy zarzucane opowieściami młodych matek o tym, jak cudownie jest oczekiwać dziecka, jak wspaniale się wtedy czujemy i jak kobiece jesteśmy. Bzdura! Bzdura! Bzdura! (moje PRYWATNE zdanie!) Przyjmuję do wiadomości, że niektóre matki mogą faktycznie przeżywać niemalże swoistą euforię, ale moje wspomnienia z okresu ciąż są zupełnie inne. Powiem otwarcie. Nie cierpię być w ciąży! Myślę, że miałabym więcej dzieci, gdyby ich posiadanie nie wymagało wcześniejszego okresu ciąży i porodu. Wspominam o porodzie dlatego, że o ile pierwsza ciąża nie niesie ze sobą świadomości czym jest poród, kolejne są obarczone dodatkowym doświadczeniem z nim związanym. Ja w pierwszej ciąży, choć nie towarzyszyły mi ani mdłości, ani skoki ciśnienia, czułam się okropnie, a w drugiej i trzeciej szykowałam się dosłownie do powrotu na wojnę!

W ciąży czułam się jak żywy inkubator. Ruchy dziecka były dla mnie wzruszające tylko na początku. Im bliżej porodu, tym bardziej mi dokuczały. Oczywiście wystarczyło, że przez dwie godziny w brzuchu był spokój, żebym w panice biegła zrobić KTG, haha. Byłam spokojniejsza kiedy jednak czułam kopnięcia, ale nie zmienia to faktu, ze to nie było to dla mnie nic przyjemnego. Brzuch napinał się co chwila, z powodu ucisku na pęcherz właściwie nie wychodziłam z łazienki. W trzecim trymestrze nie byłam w stanie założyć skarpetek, zapiąć butów, a zimą marzłam, bo nie byłam w stanie dopiąć kurtki czy płaszcza. Cieszyłam się bardzo na myśl o dziecku, bardzo chciałam być mamą, miałam ogromne wsparcie w rodzinie, przyjaciołach, Marcin był wspaniały. Ale ciąży i tak nie lubiłam.

Piszę o tym dlatego, że przypomniałam sobie jakie okropne wyrzuty sumienia miałam za każdym razem, kiedy ktoś mi mówił jaka ze mnie szczęściara. Bez przerwy słyszałam, że wyglądam kwitnąco, że jestem stworzona do rodzenia dzieci, że powinnam być wdzięczna, że zdrowie w ciąży mi dopisuje, oraz że MOGŁAM PRACOWAĆ, w odróżnieniu od innych kobiet w ciąży, które borykają się z uciążliwymi dolegliwościami, czy chorobą (jeśli mam być szczera, nie MOGŁAM, ale musiałam pracować…). Ja za każdym razem słysząc te słowa miałam ochotę wykrzyczeć jak bardzo mi źle, jak nie lubię tego stanu. Czułam, że nie powinnam tak myśleć, że jestem niewdzięczna. Jeszcze nie miałam dziecka na rękach, a już czułam, że jestem okropną matką, pozbawioną uczuć. Tylko dlatego, że powszechnie przyjęty model przeżywania ciąży był inny.

Teraz już wiem, że miałam absolutne prawo narzekać, mówić jak się czułam. I w odróżnieniu od większości ludzi, również kobiet, a zwłaszcza lekarzy, uważam, ze ciąża to jednak JEST choroba! Oczywiście nie o nazewnictwo tu chodzi, ale o jakość codziennego funkcjonowania kobiety ciężarnej. Solidaryzuję się tu ze wszystkimi kobietami, które miały okazje usłyszeć o sobie „święta krowa”, kiedy zdecydowały się na urlop od pracy. Ciąża to stan tak odmienny od normalnego, że każda przyszła mama powinna mieć pełne prawo zadecydowania o tym, czy chce pracować, czy woli spędzić okres oczekiwania potomka w domu. Poza naturalnymi, lecz wciąż uciążliwymi, ciążowymi dolegliwościami, należy się liczyć z całą gamą innych możliwych niedogodności. Czasami również należy wziąć pod uwagę własne bezpieczeństwo (pamiętam przeprawy komunikacją miejską, zatłoczone autobusy i tramwaje, konieczność zasłaniania torebką brzucha w obawie przed przypadkowym uderzeniem przez innych pasażerów…). Każdy, kto śmie twierdzić, że „baba w ciąży się nad sobą użala”, powinien spróbować wejść w jej buty, podźwigać jej ciężar, poczuć jej odpowiedzialność za dwa, trzy, cztery istnienia, które w sobie nosi.

Wciaż piszę tu o  tzw. ciąży „ksiażkowej”. Nie jestem natomiast w stanie wyobrazić sobie jak trudno musi być kobiecie, która naprawdę przeżywa trudną ciażę, od początku obarczoną ryzykiem; kobiecie, która większość z tych 40 tygodni musi spędzić w szpitalu, umierajac ze strachu o zdrowie swojego Maluszka.  Ona też zmuszona jest często słuchać durnych komentarzy tych, którzy „wiedzą lepiej”. Najbardziej smuci mnie fakt, że przyszłe mamy najczęściej krytykowane są przez inne kobiety 🙁

Oczywiście każda z nas ma inne doświadczenia, inne wspomnienia tego wyjątkowego okresu. Ja wspominam go akurat tak, jak opisuję, nie znaczy to, że moja koleżanka nie będzie zachwycała się świetnym samopoczuciem podczas swojej ciąży. Znów- każda z nas ma prawo do własnej opinii, każda z nas inaczej przeżywa zarówno ciążę, jak i poród, nie narzucajmy sobie wzajemnie jednego tylko modelu doświadczania macierzyństwa.

Ewka

Ciąża to podobno najpiękniejszy okres w życiu kobiety. Po części się z tym zgadzam, ponieważ pomijając to, że przybieramy na wadze, to również rozkwitamy, stajemy się stuprocentowymi kobietami (absolutnie nie twierdzę, że kobiety, którym nie jest dane być w ciąży, czy po prostu nie chcą w niej być, nie mogą poczuć się spełnione w inny sposób!) . Na swoim przykładzie widzę, że ciąża pozbawiła mnie części kompleksów (mimo tego, że ciało jest inne, to znam swoja wartość), stałam się odważniejsza, mniej zazdrosna, a nawet nauczyłam się komplementować inne kobiety! Wcześniej nie należałam do wylewnych w tej kwestii… Wydaje mi się, że jestem zupełnie inną osobą  . Te aspekty mogę śmiało zaliczyć do pozytywnych zmian, które we mnie nastąpiły podczas bycia w ciąży i po niej. Dobrze, że czasy się zmieniły i ciąży nie trzeba dziś już ukrywać pod obszernymi kryjącymi tunikami, dobrze, że można o niej mówić, bo od dawna nie jest już tematem tabu. Jednocześnie nie rozumiem kobiet, które mówią o tym stanie tylko w sposób pozytywny. Czasami (będąc w ciąży) czułam się dziwnie, kiedy narzekałam na wymioty, tycie, zmęczenie, kopnięcia dziecka itp. Miałam wrażenie, że co niektóre osoby dziwnie się na mnie patrzą. Zwłaszcza kiedy mówiłam jak bardzo denerwują mnie ruchy dziecka. O ile na początku są one delikatne i przyjemne, później robią się mocne i niekiedy bolesne. Po prostu bez sentymentu wspominam jak wszystkie ubrania robiły się na mnie coraz bardziej obcisłe, jak obracałam się w łóżku jak wieloryb, wprost nienawidziłam kąpieli, a depilacja w tym czasie wyglądała dość komicznie 

Ale ponad wszystko nie cierpiałam tekstu: „Ciąża to nie choroba”! Nie, w ogóle nie tęsknie za stanem błogosławionym.

Niestety nie było mi dane urodzić siłami natury. Teraz pewnie wywołam oburzenie u części Pań. ,,NIESTETY NIE BYŁO MI DANE”- co Ty wypisujesz?? Ciesz się, że miałaś cesarkę… A jednak- ile kobiet, tyle opinii 🙂 Chyba większość pierworódek chce rodzic naturalnie. Ja należałam do tej grupy. Nikt nie był wstanie wybić mi tego z głowy. Olka nie owijała w bawełnę, próbował przekonać do cesarki, prosiła żebym poważnie się nad tym zastanowiła, żebym postarała się przynajmniej o znieczulenie. Wtedy sobie myślałam, że skoro matki, babki, prababki dały rade, ja też sobie poradzę. Kiedy lekarz mnie poinformował, że bez cięcia nie dam rady urodzić, zwyczajnie się poryczałam. Strasznie się bałam. Nie lubię szpitali, igieł, głupim pobieraniem krwi się stresuję, a tu mieli mnie ciąć. Byłam tak zestresowana, że mało co z tego pamiętam. W drugiej ciąży wiedziałam jak to wszystko będzie wyglądało i bałam się jeszcze bardziej. Było okropnie. Miałam drugą „cesarkę”…

Dwa razy byłam w ciąży, dwukrotnie doświadczyłam cesarskiego cięcia, nie było to nic przyjemnego. Na dzień dzisiejszy nie planuję więcej dzieci, ale jestem otwarta na to, co przyniesie los. Jedno się jednak nie zmieni – NIE LUBIĘ BYĆ W CIĄŻY!!!

Dodaj komentarz

Zamknij